Mariensztat

Z Krakowskiego, od stóp Mickiewicza,
zbiegam w dół wąską stromą ulicą
i przystaję zdyszana. Przede mną
jak na dłoni Mariensztat. Już ciemno,
lśnią latarnie. Zza domów od Wisły
dmie w twarz prosto wiatr zły, porywisty
jakby chciał stąd wyrzucić intruza.
Z mroku biały się „Wawel” wynurza
a na ścianie wysoko, tuż z prawa
nie wiem jaką techniką – Warszawa.
Malowidło, czy może mozaiki?
W lewo rynek maleńki jak z bajki.

Przy fontannie szemrzącej coś sennie
pochylone dzieciaki kamienne,
a nad wszystkim latarnie jak mnichy
rozmodlone, skupione i ciche.

Akant : Anna Saciuk Nowak